piątek, grudnia 15, 2006

Liban

No jak to w zyciu bywa, czesto zmieniamy decyzje w ostatniej chwili. Miast jechac bezposrednio z Ammanu do Hamy, wpadlismy na pomysl, ze po drodze wpadniemy na moment do Bejrutu. Dzis z samego rana, co sil wyrwalismy w kierunku dworca Baramake w Damaszku, skad taxi service (potezny Dodge z lat 69 - tych), udalismy sie do zniszczonego jeszcze niedawno przejscia Syria - Liban. Droga byla dosc ciekawa, glownie z powodu zniszczonych ostatnimi bombardowaniami mostow. W Bejrucie pojawilismy sie juz okolo godziny 13:00... Hotel, w ktorym sie zatrzymalismy to mega sympatyczny, czysty, a co najwazniejsze wyposazony w lodowke z piwem za 1$ pensjont. Dodatkowa jego zaleta jest to, ze jest polozony 5 minut od glownego placu na miescie, na ktorym jest rozbite ogromne miasteczko namiotowe... Pierwsze co zrobilismy, to przechwycilismy libanska flage, z ktora przez niecala godzine maszerowalismy po oblezonym miescie. Po oblezonym, bo wojska w nim w pytonga i drutu kolczastego jak na linii Maginota, o czolgach i samobieznych dzialach przeciwlotniczych - nie wspominajac...
Zreszta garstka zdjec powyzej powinna troche oddac klimat tego miejsca... Generalnie Bejrut wywarl na nas jak najlepsze wrazenie. 99% pieniedzy przeznaczonych na przezycie tu, wydalismy juz w tutejszych pubach. Ale nic to. Raz sie zyje. Poza tym, czego sie nie robi dla europejskiej muzyki...
Jutro skoro swit, uderzamy w kierunku Hamy w Syrii, po drodze probujac zwiedzic badz to Trypolis w Libanie, badz to Krak de Chevarlies w Syrii :-)
Co jeszcze ? .....
Bilu sie ze mnie nabija jak pisze te wypociny. Ale ja mu wybaczam. Zmeczony chlopak jest. Ale piwko Almaza jest ok :-)

Brak komentarzy: